wtorek, 26 kwietnia 2016

Rozdział 18- ,,W dzisiejszym zwariowanym świecie, człowiek ,,normalny'' nadaje się tylko do psychiatryka.''

Po chwili byliśmy już tak daleko, że nie było śladu po moich braciach i po tacie. Odwróciłam się przodem do policjantów. 
- Zobaczysz będzie dobrze Abby! - odezwał się jeden z nich. Przemilczałam to. Nie nie będzie dobrze. Właśnie jadę do psychiatryka.. Jak może być dobrze? Z moich oczu nadal wydobywały się słone łzy. Nagle zatrzymaliśmy się przed dosyć nowoczesnym budynkiem. 
- No to jesteśmy! - odparł jeden z mężczyzn. Po chwili otworzył mi drzwi, a ja powoli zaczęłam wychodzić. Czy ja, aż tak spadłam, że kończę na psychiatryku? Nim się obejrzałam byłam już przed drzwiami do mojego ,,pokoju''. Po otworzeniu drzwi wpadłam w lekkie rozczarowanie? Jeśli w ogóle można to tak nazwać... W pomieszczeniu znajdowało się tyko łóżko, półka nocna, kosz na śmieci i okno zagrodzone żelaznymi kratami. Weszłam do środka i usiadłam załamana na łóżku. Jak ja mam tu żyć?! Opadłam bezwładnie na poduszkę i skuliłam się w mały kłębuszek. Zaczęłam płakać jak małe dziecko. Ja chce do taty i do mamy, do Anny, do Luka, Chrisa, Michaela, Davida, Alexa. Nawet do Rossa, wszędzie tylko nie tutaj. W tej chwili do mojej sali weszła szczupła brunetka w okularach i w białym fartuchu. 
- Dzień Dobry Abby będę twoją terapeutką..


*Oczami Rossa*

Właśnie byłem w drodze do domu Abby. Dzwoniłem do niej chyba z 10 razy. Nie odbiera, trochę to niepokojące. W końcu jej najlepsza przyjaciółka popełniła samobójstwo, nie wiem co jej do głowy może po czymś takim strzelić. Stanąłem przed drzwiami i zadzwoniłem do dzwonka. po chwili przede mną stał wysoki blondyn.
-Hejka Luke, jest Abby? - spytałem na luzie. Nagle blondyn zaczął płakać. Oparł się na moim ramieniu i zaczął szlochać. Poklepałem go delikatnie po ramieniu.
- O co chodzi stary? - spytałem zdezorientowany gdy chłopak trochę się uspokoił.
- Zabrali Abby... - szlochał.
- Co? Gdzie?! - wystraszyłem się.
- Do... Do... Psychiatryka! - krzyknął zrozpaczony. W tej właśnie chwili zamarłem. Abby i psychiatryk? Jak? Cholera to wszystko moja wina, po co ja mówiłem tym policjantom, że była wtedy ze mną. Po co ja mówiłem gdzie mieszka? Zerwałem się z miejsca i zacząłem biec w stronę mojego domu.
- Gdzie ty biegniesz?! - krzyknął Luke.
- Uratować twoją siostrę! - odkrzyknąłem i już zniknąłem za żywopłotem. Biegłem ile sił w nogach. Wreszcie wpadłem do domu. W salonie siedział Riker, Rocky, Ryland, Ell, Rydel i co najgorsza Kate... Ale ją w tej chwili miałem gdzieś. Musiałem odkręcić to co nawyrabiałem.
- Pomocy! - krzyknąłem z lekką astmom.
- Rossy.. Co się stało? - odpadła przerażona Rydel.
- Abby jest w psychiatryku! Musimy ją stamtąd wyciągnąć. To przeze mnie ona tam jest!
- Ale jak to? - spytał Ell.
Chwyciłem swój telefon, kurtkę i portfel. Cały nabuzowany ze wściekłości chciałem już wyjść.
- Kto to Abby? Zdradzasz mnie?! - spytała nagle Kate. Odwróciłem się i spojrzałem w jej czarne oczy. Błyszczały jak małe perełki. Podszedłem do niej i odgarnąłem małe pasmo włosów za jej ucho.
- Oczywiście, że nie kochanie...- zacząłem - Abby to znajoma rodziny. Pomagała nam w trudnych sytuacjach, ale przyrzekam, że jest to tylko moja znajoma. Nic więcej - dodałem. Musnąłem leciutko jej czółko i wyszedłem z domu. Wsiadłem do auta i odjechałem...


*Oczami Abby*

- Mam na imię Alice. Od tej pory będziemy widywać się codziennie, ale nie martw się, pomogę Ci - zaczęła powoli kobieta. Miała bardzo miły i sympatyczny głos. Miło mi się jej słuchało. Kobieta czekała na moją reakcję. Ja ani drgnęłam.
- Spokojnie... Nie będę Cię naciskać. Z czasem sama się otworzysz i opowiesz mi o tych wszystkich rzeczach, które Cię gnębią. Potrzebujesz czasu... - kontynuowała.
- Niczego nie pragnę oprócz swojej rodziny i swojego domu! - warknęłam.
- Każdemu na początku było trudno... Ale z czasem Ci to minie, oswoisz się z nowym otoczeniem - powiedziała. Ja weszłam pod kołdrę i skuliłam się tak by kobieta mnie nie widziała - No dobrze skoro nie chcesz rozmawiać to jutro do Ciebie przyjdę - dodała i wyszła. Wyszłam zza kołdry i usiadłam leniwie na łóżku. Gdzie jest moja mama?! No tak opala się na złocistej, hiszpańskiej plaży. Czemu mnie tak pokarało?! Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Ugh nie chce z nikim gadać! Z żadną terapeutką, psychologiem, pedagogiem... Z nikim! Po chwili drzwi same się otworzyły, a zza nich wyłonił się Ross!
- Ross! - podniosłam się z łóżka.
- Abby! - podbiegliśmy do siebie i mocno się przytuliliśmy. Staliśmy w uścisku już jakieś 10 minut.
- Wyciągnę Cie stąd - powiedział chłopak.
- Nie dasz rady.. - odparłam odklejając się od niego. Podeszłam do okna i zaczęłam patrzeć w dal.
- Ja nie dam rady?! Do kogo ty to mówisz?! - wybuchnął.
- Ross... Daj spokój, powiedzieli mi, że jeszcze trochę tu posiedzę. Nic z tym nie zrobisz - odparłam. Chłopak podszedł do mnie i złapał mnie za ramiona.
- Abby tak strasznie Cię przepraszam, to wszystko moja wina - rzekł załamany.
- Dlaczego tak uważasz?!
- Bo to ja powiedziałem policji, że byłaś ze mną przy tym samobójstwie. Nie chciałem, nie wiedziałem, że tutaj trafisz - mówił zakłopotany.
- Ross... Prędzej czy później wydałoby się to. Nie obwiniaj się - przeczesałam jego grzywkę.
- Czemu ty mnie tak bronisz? Czemu jesteś dla mnie taka dobra? - spytał z niedowierzaniem.
- Taka już jestem.
- Boże jaki ja jestem głupi... Abby, przecież ja nie kocham Kate! - krzyknął.
- Co? Jak to?! - otworzyłam szerzej oczy.
- No tak... Ja kocham Ciebie! - uśmiechnął się szeroko. Ross mnie kocha? Czy ja też coś do niego czuje?
No przecież, że czujesz.. Tak to nie byłoby Ci przykro jak powiedział, że kocha Kate~ krzyczało moje sumienie. O mój Boże... Tak to prawda. Kocham Rossa Lyncha. Kto by pomyślał, że tak nienawidzące się osoby mogą się pokochać?
- Ja... Ja Ciebie też Ross - odparła. Chłopak uśmiechną się jeszcze bardziej, po czym mocno mnie przytulił i namiętnie pocałował


Nigdy i nikt mnie jeszcze tak słodko i delikatnie nie pocałował. Ross świetnie całował, a chwila naszego pocałunku miałam wrażenie jakby trwała wiecznie...

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział 17- ,,Umarłam przez Ciebie, chociaż właśnie dla Ciebie tak pragnęłam żyć.''

Dziewczyna stała nieruchomo. Ani drgnęła. Z jej oczu leciały wielkie gorzkie łzy, co jakąś chwile szlochała. Stała na samym końcu dachu. 
- Dziękuje, że przyszliście. Chciałam Was jedynie przeprosić, namieszałam w Waszym życiu i to dość mocno. Wiedzcie jedynie to, że nie chciałam. Cieszę się, że przyszliście i mogłam Wam to powiedzieć prosto w oczy - powiedziała, po czym przysunęła się bliżej krawężnika dachu. 
- Selena! - krzyknęłam i zaczęłam biec w jej kierunku. 
- Stój! - również krzyknęła. Na jej rozkaz stanęłam jak wryta - Nie podchodź... 
- Nie rób nic głupiego Sel - w końcu przemówił Ross. 
- Nie będę, ja tylko usuwam się z Waszego życia - uśmiechnęła się - Raz na zawsze - dodała. 
- Błagam Cię możemy to jakoś inaczej załatwić, pogadajmy na spokojnie - prosiłam.
- Już za późno - odezwała się. 
- Na nic nie jest za późno! - mówiłam ledwo powstrzymując się od płaczu. Dziewczyna spojrzała na mnie i na Rossa i jeszcze raz na mnie. Łzy nie przestawały spływać po jej policzkach. Patrzała na mnie z miną: ,,Przepraszam!''. Była tak bardzo zakłopotana, że nie wiedziałam co mam teraz zrobić, powiedzieć. Nagle dziewczyna przez barierki i stanęła tak, że pół jej stopy było na dach, a pół w powietrzu. Razem z Rossem podbiegliśmy do barierki. 
- Na wszystko jest już za późno.. Przepraszam! - szepnęła, po czym odchyliła się i rzuciła w czarną otchłań ulicy. Wyciągnęłam rękę w celu ratowania jej, ale na marne.. Dziewczyna spadła z dziesięciopiętrowego budynku...


- Nie! Selena! - krzyknęłam tak głośno jak jeszcze nigdy w życiu. Ross szybko chwycił telefon i zadzwonił po pogotowie. Po 5 minutach ambulans był na miejscu. Zaczęli badać Selene. Była cała we krwi. Leżała bezwładnie.. Po chwili lekarze zaczęli pakować jej ciało do wielkiego czarnego worka. 
- Co wy robicie?! - krzyknął Ross.
- Z przykrością musimy stwierdzić, iż ta pani nie żyje - powiedział lekarz. Na jego słowa wybuchnęłam niepohamowanym płaczem. Rzuciłam się na kolana i skuliłam w małą kulkę. Zaczęłam głośno szlochać. Poczułam mocny uścisk, był to Ross. Nagle z nieba lunął obfity deszcz. W jedną małą chwilkę byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Ross podniósł się i chwycił mnie za rękę w celu podniesienia mnie. Ja jednak ani drgnęłam. Karetka już dawno odjechała. Odchyliłam lekko głowę, krople deszczu spadały centralnie na moją twarz. Byłam cała przemoczona. Teraz zbytnio nie wiedziałam czy od deszczu czy od łez. Nie mogłam uwierzyć, że przeze mnie umarła tak młoda dziewczyna. Czemu ja się z nią wtedy pokłóciłam?! 
- Abby.. wstań! Czas już iść. Przeziębisz się - rzekł. Nie zwracałam na niego uwagi. W końcu chłopak podniósł mnie na rękach i włożył do swojego samochodu. Po chwili i on znalazł się w środku pojazdu. Zapiął mnie czarnym pasem, odpalił silnik i ruszył. Podczas drogi oby dwoje milczeliśmy. Byłam skupiona na kropelkach deszczu, które z trudem utrzymywały się na szybie. 
- Zatrzymaj się! - warknęłam widząc, że jesteśmy niedaleko mojego domu. Chłopak zatrzymał się, a ja wysiadłam przed domem swojego sąsiada. Zaczęłam iść w stronę swojego domu. W oddali słyszałam jeszcze krzyki Rossa, ale ucichły kiedy skręciłam i zniknęłam za żywopłotem. Otworzyłam z trudem drzwi, gdyż przez załzawione oczy ciężko było cokolwiek zobaczyć. Zaczęłam ściągać buty. nagle zza futryny wyłonił się tata, Luke i Alex. 
- Kto zrobił dziś zajebiaszczą kolacje? - krzyknął Luke.
- My - odpowiedzieli chórem tata i Alex. Spojrzałam na nich z wymuszonym uśmiechem. 
- Kto dziś jest przybity i smutny? - odparł tata z troską. 
- Ona.. - powiedzieli chórem moi bracia i pokazali palcami na mnie. 
- O co chodzi? - powiedział mężczyzna. 
- Nie ważne.. - z trudem powstrzymywałam się od płaczu. Spojrzałam jeszcze raz na tatę, jego oczy były wypełnione troską i strachem - Moja przyjaciółka... Popełniła samobójstwo! - krzyknęłam i rzuciłam się zrozpaczona na podłogę. Tata od razu uklęknął przy mnie. Ja spojrzałam na niego i mocno go objęłam. 


Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. po około godzinie obudziłam się, byłam w swoim łóżku, leżałam dokładnie przykryta. Z trudem podniosłam się, wyszłam z pokoju. Właśnie miałam zejść po schodach, jednak zadzwonił dzwonek do drzwi. Postanowiłam, że zostanę. Ukucnęłam przy barierce od schodów tak by nie było mnie widać. Po chwili wyłonił się mój tata, otworzył drzwi. Do domu weszło dwóch potężnych mężczyzn ubranych w granatowe mundury. Byli to policjanci. 
- Dzień Dobry czy tu mieszka rodzina Taylor'ów? - spytał jeden z mężczyzn.
- T..tak - odparł tata. 
- Czy moglibyśmy porozmawiać z Abby? - kontynuował policjant. 
- Myślę, że to nie najlepszy pomysł - zaczął mój tata - Abby nie jest jeszcze w dobrym stanie psychicznym - dodał.
- Skoro tak jesteśmy zmuszeni umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym. Będzie miała tam doskonały kontakt z psychologiem, a my będziemy mogli w każdej chwili czegoś się dowiedzieć - powiedział drugi mężczyzna. 
- Nie! - krzyknęłam i zbiegłam na dół po schodach - Nie zamkniecie mnie w psychiatryku! Nie odbiło mi, aż tak! - cały czas krzycząc przytuliłam się do taty. 
- Abby.. To dla Twojego dobra - rzekł łysy mężczyzna - Nikt Ci tam krzywdy nie zrobi. 
- Nie! Tato, tato błagam nie pozwól im - krzyczałam. Nagle w drzwiach pojawił się Luke i Alex. Mężczyźni złapali mnie za ręce i oderwali od taty. Szarpałam się jak dziki kot, ale i tak na nic. W porównaniu do nich byłam jak mała myszka. 
- Zostawcie moją córkę! - krzyczał tata - Zostawcie ją! 
Oni nie zwracali na niego uwagi. Jednym ruchem wsadzili mnie do radiowozu i zamknęli drzwi na klucz. Waliłam mocno rękami w szybę przy czym płakałam jak jeszcze nigdy w życiu. tata, Alex i Luke podbiegli do samochodu i zaczęli szarpać na klamki od drzwi na różne sposoby. Funkcjonariusze przekręcili kluczyki i odpalili radiowóz. Nagle ruszyliśmy z miejsca. teraz już wiedziałam, że nikt mi nie pomoże. Odwróciłam się i zobaczyłam jedynie siedzącego na mokrej ulicy tatę, który płakał, Alexa trzymającego się za głowę i płaczącego oraz Luka, który przez jakiś czas miał nadzieję, że dogoni radiowóz i biegł, lecz później się zatrzymał i zaczął płakać... 



Hejka ;) 
podoba Wam się kolejny rozdział? 
Dacie radę wybić 13 kom? <3 



środa, 13 kwietnia 2016

Ważna Notatka

Muszę zrobić krótką przerwę, gdyż mam teraz bardzooo dużoo sprawdzianów... 
Gdyby tego było mało muszę przeczytać Quo Vadis do czwartku, a ja nawet jej nie zaczęłam ;/ 
Muszę znaleźć gdzie audiobooka albo dobre streszczenie ;/ :D 
Mam nadzieję, że dam radę.. Może jak będę miała przerwę (bo będą pisać egzaminy) to wtedy znajdę chwilkę na napisanie kolejnego rozdziału :* 
Trzymajcie za mnie kciuki :) 
Przepraszam Was bardzo i mam nadzieję, że wytrzymacie :* 

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział 16- ,,Nie obiecuj skoro i tak wiesz, że nie dotrzymasz słowa..''

- W kim? - spytałam zdziwiona.
- W... Kate. nie mogę uwierzyć w to, że ze mną zerwała - spojrzał na mnie. Ja momentalnie spuściłam głowę - Nie wiem dlaczego, ale przy niej się tak dziwnie czuję. To znaczy, dopiero od wczoraj tak się czuję. Jak przyszłaś wczoraj do Nas dostałem SMSa i potem cały czas myślałem o tym dziwnym uczuciu, które tworzyło się w moim brzuchu - wyznał. Stałam osłupiała, Nie wiem czemu czułam rozczarowanie. Przecież nic mi nie obiecywał, jednak moje serce czuło gorycz i smutek. 
- Wierzę, że Wam się ułoży Ross. Jest już późno, więc wrócę do domu - szybko powiedziałam i chwyciłam swoją torebkę. Właśnie miałam zamiar wyjść, ale on musiał mnie zatrzymać.
- Powiedziałem coś nie tak? - spytał zza moich pleców. 
- Nie Ross, z Tobą wszystko ok. Po prostu muszę doprowadzić swoje życie do ładu - sztucznie się uśmiechnęłam i wyszłam. Po wyjściu skierowałam się w stronę swojego domu. Po 10 minutach byłam już w domu. Zdjęłam swoją jeansową kurtkę i miętowe conversy. Weszłam do kuchni, był tam David, Alex i Luke. Otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam z nij chłodną puszkę coca-coli.
- Gdzie się podziewałaś? - odezwał się Luke. 
- Byłam u koleżanki. Nie mogę już nigdzie wyjść?
- Mama się o Ciebie martwiła. Prawie cały czas płakała po twoim wyjściu - odparł. 
- Wyjechali już? - spytałam. 
- Tak wczoraj wieczorem.. Dzwoniłem do Ciebie, ale miałaś wyłączony telefon. 
- Sorry bardzo, ale znienawidziłam jej. Jak ona tak mogła? - krzyknęłam.
- Wiem, że Ci ciężko sis, ale musimy dać radę okey? - spytała, a ja potaknęłam - Bo jak nie my to kto? - zaśmiał się, a potem my do niego dołączyliśmy. 
- Na nas też możesz liczyć Abby - westchnął David. Na jego słowa mimowolnie się uśmiechnęłam. Po chwili przeszłam z kuchni do salonu. Siedział tam mój jakże kochany ojczulek.. Ahh tylko tego mi brakowało. Wymieniliśmy sobie spojrzenia. Usiadłam na kanapie, biorąc łyka napoju. Mężczyzna cały czas mnie obserwował trochę mnie to krępowało i czułam się tak nieswojo. 
- No co? - warknęłam.
- Nic, tylko podziwiam jak piękną mam córeczkę.
- Nie podlizuj się ok? I tak Ci nie wybaczę - przewróciłam oczami.
- Abby wiesz, że Cię kocham. Nie moja wina, że twoja mama już przestałą mnie kochać i unikała mnie jak ogień wody. Nie kazała mi się z Wami spotykać.  
- A ty ją kochasz? - spytałam. 
- Kocham.. - odparł i spuścił głowę. Ja wstałam, odłożyłam puszkę z colą. Podeszłam do taty i usiadłam obok niego.
- Nie martw się. Ja zawszę będę Cię kochać - rzekłam. 
- Ja Ciebie też - powiedział skromnie i uśmiechnął się. 



- Chodź zabieram Cię na spacer - powiedział wstając i już po chwili zniknął. Gdy wrócił ubrany już w marynarkę podał mi moją jeansową kurtkę. Podniosłam się leniwie z kanapy. Ubrałam się i już po chwili szliśmy jedną z alejek parku. Niebo było zachmurzone, nasze postacie owiewał chłodny wiatr. Szliśmy w milczeniu. Może popełniłam błąd w tym, że wzięłam sobie jedynie cienką kurteczkę. Było mi niezmiernie zimno. Spojrzałam na tatę, szedł pewien siebie z lekkim uśmiechem. Ręce trzymał w kieszeni. Jednym szybkim ruchem wślizgnęłam swoją rękę pomiędzy jego. Teraz szliśmy razem pod rękę. Było mi ciepło i przyjemnie. W tej chwili czułam miłość jaka tryskała od niego do mnie. Tak strasznie za nim tęskniłam. Oparłam swoją głowę na jego ramieniu. Mężczyzna zaprowadził nas obu na jedną z wolnych ławeczek. Usiedliśmy i rozglądaliśmy się w okół. Cały czas milczeliśmy, nie przeszkadzało mi to, najwidoczniej jemu też nie. Po prostu potrzebujemy ze sobą być, nie potrzebne są nam słowa byśmy się dobrze się czuli w swojej obecności. Zupełnie tak samo miałam z Anną czy Rydel. Czasami są w życiu takie chwile, że najlepsze co trzeba zrobić jest milczenie, ale bycie blisko osoby, którą kochasz. 
- Czemu chodzisz cały czas w garniturze? - spytałam po tak długim milczeniu. 
- Bo chcę dobrze wyglądać. Słuchaj wy pewnie nie wiecie, ale prowadzę wieczorny show - odpowiedział.
- Czyli mam sławnego tatę? - zdziwiłam się.
- Powiedzmy.. - zaśmiał się, a ja wraz z nim. W sumie mi to nie przeszkadzało. Sławny czy nie i tak go kocham. 
- Ale nie zostawisz już nas? - spytałam poważnie. Mój głos naprawdę nabrał bardzo poważną barwę, aż się zdziwiłam. 
- Ależ oczywiście, że nie kochanie - uśmiechnął się i cmoknął mnie w czoło. Kamień spadł mi z serca. Nie chciałabym  znów go stracić. Nagle mój telefon za wibrował, Odblokowałam go i zauważyłam nową wiadomość od Rossa: ,,Abby musimy się spotkać! Możesz teraz?''. Po chwili mój telefon znów za wibrował, tym razem była to wiadomość od Seleny? To nie podobne.. Nie utrzymujemy kontaktu od naszej kłótni o Rossa. ,,Abby, chciałabym się z tobą pożegnać. Zniknę raz na zawsze z Twojego.. Przepraszam z Waszego życia. Jeśli chcesz mnie jeszcze ostatni raz mnie ujrzeć przyjdź do mojej kamienicy na dach.. Mam jeszcze jedną prośbę. Błagam weź ze sobą Rossa.. Dziękuje.'' Hmm.. troszkę dziwne. 
-Coś się stało? - zauważył tata.
- Koleżanka chce się ze mną pilnie spotkać... - westchnęłam ukradkiem patrząc na reakcję mężczyzny. 
- No to dalej leć - odparł uśmiechnięty. 
- Dziękuje tatuś.. - rzekłam i przytuliłam go mocno.


Po chwili biegłam już do domu Lynchów. Zapukałam dynamicznie do ich drzwi. Otworzył mi Ross. 
- Ty też dostałaś SMS'a od Seleny? - spytał na powitanie. Pokiwałam twierdząco głową. Odblokowałam telefon.
-Abby, chciałabym się z tobą pożegnać. Zniknę raz na zawsze z Twojego.. Przepraszam z Waszego życia. Jeśli chcesz mnie jeszcze ostatni raz mnie ujrzeć przyjdź do mojej kamienicy na dach.. Mam jeszcze jedną prośbę. Błagam weź ze sobą Rossa.. Dziękuje. - przeczytałam. 
- Mi napisała tak samo tylko, żebym wziął Ciebie.. - odparł - To trochę dziwne i niepokojące. Jedziemy? - dodał.
- Tak! - krzyknęłam i skierowałam się z blondynem do samochodu chłopaka. 
Po 10 minutach byliśmy na miejscu. Biegiem weszliśmy na sam dach kamienicy. Stała tam zapłakana Selena...




Jest :) 
Wybiliście 15 kom i tak jak obiecałam jest rozdział następny ;) 
Podoba się? 
Rozdział trochę o relacjach córki z ojcem. Taki rodzinny,ale chyba źle nie jest?


10 kom i lecimy z następnym :*

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Rozdział 15- ,,Życie to nie bajka, nie ma gwarancji dobrego zakończenia.''

Gdy oderwaliśmy się od siebie poczułam lekkie rumieńce na policzkach. W brzuchu miałam mnóstwo latających motyli. Teraz przede mną był czuły troskliwy Ross, taki też był nasz pocałunek. Abby wróć na ziemie!
- Ross, nie powinniśmy - zaczęłam nieśmiało. 
- Dlaczego? 
- Masz dziewczynę - spojrzałam z niedowierzaniem na niego. 
- Ahh... No tak - posmutniał. 
- Wiesz co robi się późno.. Będę się zbierać - wstałam z kanapy. 
- Nie, nie idź! Zostań tu na noc. Nie uciekaj od świata, bądź bardziej dostępna - odparł blondyn. Oczywiście nie obyło się bez wymiany zdań w której kłóciłam się z Rossem o to czy mam zostać czy nie. W końcu poddałam się i postanowiłam, że zostanę, bo wiedziałam, że z nim nie wygram. Później po kolejnej sprzeczce o to gdzie mam spać (oczywiście wyszło na to, że śpię u Rossa) poszłam się umyć. Blondyn uszykował mi piżamę pożyczoną od Rydel. O godzinie 23:00 leżałam już w łóżku. Biała żarówka rozświetlała pokój nastolatka, z radia leciała cicha muzyka. Z oddali było można usłyszeć również upadające krople prysznica. Ross właśnie brał kąpiel, ja przeglądałam mojego Facebooka. Nagle mój wzrok spoczął na gitarze, którą już dawniej  widziałam. Wstałam z łóżka i stanęłam tuż przed instrumentem ubrana w zwiewną piżamę.


- Fajna co nie? - usłyszałam głos za sobą na który wzdrygnęłam się lekko - Nie bój się skarbie - podszedł bliżej i objął mnie od tyłu. Na początku czułam się nie komfortowo, jednak chwile później mi się to bardzo spodobało. Jego ręce były ciepłe i przyjemne. Nie dziwie się teraz dlaczego te wszystkie dziewczyny miały do niego słabość - Zastanawiasz się pewnie po co mi to? - szepnął mi delikatnie do ucha, na co ja przytaknęłam - Jestem w zespole podobnie jak Rydel, Riker, Ell i Rocky. Razem tworzymy zespół R5 - powiedział dumny. Ja otworzyłam buzie ze zdziwienia. 
- I wy macie koncerty i w ogóle? - spytałam. On jedynie kiwnął głową i uśmiechnął się - Zagrasz mi coś? - uśmiechnęłam się. 
- Nie - na tą odpowiedź mój uśmiech znikł - Musisz przyjść na koncert, żeby Nas posłuchać - puścił mi oczko.
- Serio chcesz mnie zabrać na swój koncert? - spytałam. Chłopak pokiwał twierdząco głową. Uśmiechnęłam się skromnie. Po 5 minutach leżałam z powrotem w łóżku. Blondyn zaczął szykować sobie matę i śpiwór na podłodze. Zgasił światło i położył się na swoim nowym ,,legowisku''. Przykryłam się kołdrą, odwróciłam się twarzą do ściany i zasnęłam. Nagle zerwałam się ze swojego spokojnego snu. Rozejrzałam się po pokoju, panowała w nim głucha ciemność. Słychać było jedynie ciche tykanie zegarka na rękę i oddychanie Rossa. Za oknem hulał wiatr. W oddali szeleściły listki. Odblokowałam telefon, była godzina 01:00 w nocy. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie mogłam zasnąć, nie miałam z kim pogadać, nie mogłam przejrzeć Facebooka, gdyż światło obudziłoby Rossa. Leżałam bezczynnie, wpatrywałam się w sufit. Moja kołdra zsunęła się na ziemię. W pokoju było dość chłodno, przez co momentalnie całe moje ciało opętał dreszcz. Skuliłam się w mały kłębuszek. Zza moich pleców usłyszałam skrzypienie. Po chwili poczułam na sobie ciepły materiał. Była to kołdra Rossa, a przykrył mnie nią on sam. Po dokładnym otuleniu mnie całej chłopak otworzył drzwi i wyszedł. Wrócił po kilku minutach, usiadł na krześle i siedział nieruchomo. Wpatrywałam się w niego uważnie, lecz moje oczy odmawiały z czasem posłuszeństwa i zamykały się. Chwilę później zasnęłam. Rano obudziły mnie łaskoczące moją bladą twarz promienie słoneczne. Podniosłam się do pozycji siedzącej, rozejrzałam się po pokoju, nikogo oprócz mnie w nim nie było. Chwyciłam swoje ubrania, weszłam do łazienki i wróciłam z niej ubrana i umyta. Zeszłam po cichu do kuchni. 
- Hej kochanie - usłyszałam na powitanie od Rydel. 
- siemka ślicznotko - zaśmiał się Ryland. 
- Co zjesz? - rzekła uśmiechnięta blondynka - Jak się spało? - dodała, gdy usiadłam przy blacie.
- Nie było najgorzej - odpowiedział zabierając dziewczynie jabłko z przed nosa. 
- Rozumiem, że to będzie Twoje śniadanie? - podniosła jedną brew do góry. Ja jedynie pokiwałam głową i poszłam usiąść na kanapie w salonie. 
- Ooo.. Hej - zawołał zadowolony Ross - Siadaj! - dodał poklepując miejsce obok siebie..

Do południa oglądaliśmy filmy całą paczką. Jedliśmy przy tym lody, pizze, wygłupiając się, Rydel, Riker i Ross od czasu  do czasu coś podśpiewywali lub nucili. Była godzina 15:00. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi, Ross na ten odgłos wstał i poszedł otworzyć. 
- Czemu nie odbierasz?! - usłyszeliśmy krzyk. Wszystkie pary oczu skierowały się właśnie na nich łącznie z moimi. W drzwiach stała ta sama dziewczyna, z którą widziałam go ostatnio w sklepie. Dziewczyna miała brązowe włosy, ciemną karnację i brązowe oczy. 



- Dzwoniłam do Ciebie chyba z 30 razy i żadnej konkretnej odpowiedzi od Ciebie - wrzeszczała dalej. 
- Nie denerwuj się.. - próbował ją uspokoić Ross. 
- Jak mam się nie denerwować Rossy.. Unikasz mnie od dłuższego czasu, tak nie może być! Jestem Twoją dziewczyną. Będzie lepiej jak na chwilę odpoczniesz ode mnie - powiedziała.
- Ale ja nie chcę, nie chcę od Ciebie odpoczywać! 
- Zróbmy sobie przerwę - rzekła nieugięcie.
- To znaczy, że ze mną zrywasz - spytał załamany.
- Tylko na krótki czas, jak wrócisz do normy zadzwoń - odparła i odeszła. Ross trzasnął drzwiami i pobiegł na górę. 
- Może pójdę z nim pogadać - odezwałam się gdy zapadła niezręczna cisza. Po czym ruszyłam do pokoju chłopaka. Gdy weszłam po cichu chłopak był odwrócony plecami do mnie. Miał gitarę akustyczną i patrzył przez okno. Zaczął grać jakieś ciche akordy. Po chwili znów umilkł. 
- Ross? - spytałam niepewnie - Wszystko ok? 
- Wiesz co, jestem na max'a wściekły, że ze mną zerwała, ale z jednej strony się cieszę, bo mogę to wszystko sobie spokojnie rozważyć i przemyśleć.. - odparł.
- A co chcesz przemyśleć? 
- Bo ja się.. wiem, że to do mnie nie podobne, ale ja się zakochałem.. 
- W kim?! - zdziwiłam się.
- W....



Ta da.. Oto rozdział 15 ^^
Jej ale ten czas szybko leci :o 
Pamiętam jak niedawno był dopiero 5 a teraz już 15 <3 
Podoba się? 
Troszkę krótszy niż ostatnio, wiec przepraszam :*
Ostatnio wybiliście 14 komów *.* 
Dacie radę teraz 15? ^_^




czwartek, 31 marca 2016

Rozdział 14- ,,Zanim kogoś zranisz stań na jego miejscu, poczuj jak to boli.''

Otwarłam usta ze zdziwienia. 
- Nie jestem skarbem... Na pewno nie twoim - rzekłam oburzona. 
- Abby przepraszam Cie..
- I co myślisz, że jedno głupie ,,przepraszam'' wszystko załatwi? - spytałam retorycznie - Mylisz się Ross. 
- To co mam zrobić? - rzekł spanikowany.
- Nic - odparłam i wyszłam z sali. 


*2 miesiące później*

Moje życie w końcu się ustabilizowało. Muszę się przyznać, że Arthur jest moim chłopakiem, a Anna moją przyjaciółką. Są oni rodzeństwem. Przyjechali do LA z Polski. W sumie w Polsce jeszcze nigdy nie byłam. Ciekawe jak tam jest? Z ich opowiadań wnioskuje, że to wspaniały kraj. Z Rossem nie utrzymuje kontaktu, ostatni raz widziałam go jakiś tydzień temu w sklepie z jakąś dziewczyną. Pewnie sprowadził sobie nową prostytutkę. W sumie to mnie nie obchodzi, mam teraz Arthura i wystarcza mi on. Właśnie leżeliśmy na moim łóżku wpatrując się w gwiazdki, które były przyczepione do mojego sufitu. Przykleiłam je jak byłam mała z moim tatą i Alex'em. Tęsknie za tymi czasami. Tęsknie za tatą. 
- One świecą? - spytał zdziwiony Arthur.
- Tak głuptasie - zaśmiałam się. Chłopak oparł się na łokciach tak, że jego twarz była naprzeciwko mojej. 
- Kocham Cię Abby - wyznał, zbliżył się do mnie i lekko musnął moje wargi. 
- Ja ciebie też Art - chłopak na te słowa uśmiechnął się, lecz momentalnie spoważniał - Hej co się stało? 
- Abby.. - zaczął i podniósł się z łóżka - Muszę wyjechać. 
- Co? Jak to, gdzie? 
- Do Polski, moi rodzice potrzebują pomocy - spuścił głowę. Podeszłam do chłopaka i mocno go przytuliłam. 
- Przecież to nic nie oznacza, przetrwamy ten okres, a jak wrócisz to wszystko wróci do normy - powiedziałam nie odrywając się od niego. 
- Abby, ja nie wrócę. Jadę tam na stałe. Anna zostaje - odsunął się ode mnie - Musimy się rozstać. Nie będziemy w stanie się tak często spotykać. Wierzę, że znajdziesz sobie kogoś i on Cię nie zostawi. Wiedz, że Cie kocham aniołku - mówiąc to pocałował mnie w czoło i wyszedł. Zaczęłam płakać. Z moich oczu leciały wielkie i gorzkie łzy. Łzy smutku i tęsknoty. 
- Abby! - usłyszałam krzyk mamy. Szybko otarłam łzy i zbiegłam na dół. W salonie siedziała mama, mój ojczym, Alex, Luke, Christian, Michael i David. 
- Płakałaś! - krzyknął Luke, gdy tylko przekroczyłam próg salonu. 
- Nie prawda - westchnęłam spokojnie. Luke zrobił minę typu: ,,Kogo próbujesz oszukać?'' podszedł do mnie i mnie przytulił. 


- O co chodzi? - spytał nie odrywając się ode mnie. 
- O nic, naprawdę. Po prostu długo nie mrugałam - palnęłam bezmyślnie. Luke z reszta jak inni zebrani w pomieszczeniu zaczęli się śmiać.
- Okey, nie mieliście nam czegoś do powiedzenia? - odezwał się Chris.
- Wyjeżdżamy - odezwał się Adam (ojczym). 
- Gdzie?! - spytał zdziwiony Alex. 
- Do Hiszpanii, tam mamy do załatwienia kilka ważnych spraw, ale przecież jesteście już dość odpowiedzialni - powiedziała mama z uśmiechem. 
- Kiedy? - spytałam.
- Dziś na wieczór - odezwał się mężczyzna. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Wszyscy wymienili po sobie spojrzenia. Moja rodzina jest bardzo leniwa, więc szukali ofiary, która musi iść otworzyć. Po chwili wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie. Wywróciłam oczami i podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam moim oczom ukazał się wysoki brunet w średnim wieku. 
- Abby? - spytał z nutką wzruszenia w swoim głosie. 
- Em.. tak? Skąd pan mnie zna? - zdziwiłam się. 
- Ja..- zaczął. 
- Jimmy?! - usłyszałam krzyk mamy zza swoich pleców - Co ty tu robisz? Umówiliśmy się jakoś tak? Miałeś nigdy w życiu do nas nie przyjeżdżać! - krzyczała jak opętana.
- Nie mogę! Rozumiesz? - odparł mężczyzna.
- Wyjdź! Wyjdź z mojego domu - rozkazała moja rodzicielka. 
- Mamo o co chodzi? - spytałam stojąc jak słup soli. 
- O nic kochani idź do salonu.. 
- Abby jestem Twoim tatą! - krzyknął mężczyzna. Po chwili całe moje rodzeństwo zjawiło się obok nas łącznie z Adamem. 
- Co się tu do cholery wyrabia?! Wytłumaczy nam to ktoś? - krzyknął wkurzony Luke. Mama spojrzała na Adama, ten chwycił kurtkę i wyszedł. Jej spojrzenie wylądowało na mnie. 
- Co to miało znaczyć ,,jestem Twoim tatą''? - zwróciłam się do mężczyzny. 
- Taka jest prawda, nie oszukuję Cię - powiedział.
- Przecież to nie prawda nasz tata umarł! - krzyknęłam. 
- To było tylko i wyłącznie kłamstwo. Wcale nie umarłem. Stoję tu przed Wami. Jestem waszym biologicznym ojcem. Prawda Ellen? - brunet spojrzał na mamę, ta potaknęła jedynie głową. Potem zasłoniła twarz ręką i zaczęła płakać. Po 10 minutach wszyscy na spokojnie usiedliśmy w salonie. Milczeliśmy dobrą chwilę, jednak mama pękła i w końcu przemówiła:
- 12 lat temu wasz tata miał wypadek, byliśmy wtedy bardzo zdruzgotani. Przed tym wypadkiem poznałam Adama. Z waszym tatą nie układało nam się najlepiej. Postanowiliśmy wziąć rozwód, lecz wiedzieliśmy, że nie wybaczycie Nam tego nigdy. Rozwód wzięliśmy po kryjomu. Gdy pytaliście się o tatę powiedziałam Wam, że umarł. Od 12 lat nie utrzymywał z nim kontaktu. Od tygodnia Jimmy zaczął do mnie pisać, że chce się z Wami spotkać - powiedziała zapłakana. 
- Czyli to naprawdę jest nasz tata? - spytał oszołomiony  Alex. Mama pokiwała twierdząco głową. 
- Tato? - odezwał się wzruszony Chris. Wspomniany mężczyzna wstał i rozłożył ręce. Christian wstał, podszedł do niego i go przytulił. Podobnie zrobił David, Alex, Luke i Michael. Gdy skończyli te czułości mężczyzna spojrzał na mnie. 
- Ooo.. Oczekujecie czułości ode mnie? - spytałam się.
- Abby.. - zaczęła potulnie mama. 
- Zamknij się! Nienawidzę Cie, nienawidzę Was wszystkich! - wydarłam się. Mama spojrzała na mnie z jeszcze większym żalem niż dotychczas - Ja nie.. - dodałam, ale zaraz się rozpłakałam i wybiegłam z domu. Szłam ulicą cala zapłakana. Ludzie dziwnie na mnie spoglądali, obserwowali mnie, ale ja miałam to gdzieś. Jak tak można? Wmawiać dziecku, że jego ojciec nie żyje, a po 12 latach ojciec pojawia się znikąd i czego on oczekuje? Że rzucę mu się na szyję i powiem: ,,Nie ważne, że przegapiłeś połowę mojego życia, która była dla mnie najtrudniejsza. Nie ważne, że nie nauczyłeś mnie tańczyć, że nie zapoznałeś mnie z osobowościami facetów, że nie wiem jak odróżnić dobrego chłopaka od złego.'' Nie nie zrobię tak! W końcu stanęłam przed dużym białym domem. Podeszłam do drzwi i zapukałam. Po chwili otworzył mi blondyn, którego już dobrze znałam. 
- Jest Delly? - spytałam jak gdyby nigdy nic. 
- Nie.. poszła na randkę z Ellem - powiedział zaspany - Co się stało? 
- Nie ważne. Błagam wpuść mnie do domu. Jest chłodno, nie mam do kogo iść. W domu awantura, Anna pomaga swojej sąsiadce, Arthur wyjeżdża, Delly nie ma, więc jedyną deską ratunku jesteś ty! - szlochałam. 
- Jasne wchodź - otworzył szerzej drzwi. 
Po 30 minutach Ross był zapoznany z moją całą sytuacją rodzinną. Przy okazji zrobił mi ciepłe kakao i przykrył kocem. 
- No to nie ciekawie.. - podsumował. 
- No co ty? - spytałam z ironią. 
- Wybacz, nie umiem pocieszać, ale wiesz mnie zawsze rozluźniają filmy. Obejrzymy jakiś?
- Ok, to może ,,Narzeczony mimo woli''? - zaproponowałam. Chłopak potaknął jedynie głową i włączył film. Po chwili usiadł obok mnie. W pewnym momencie wybuchnęłam płaczem, gdy główna bohaterka wypowiedziała słowa: ,,Kocham Cię tato.''. Ross widząc to objął mnie jedną ręką i przycisnął do siebie. 

- Wszystko będzie dobrze Abby - szepnął cały czas trzymając mnie w ramionach. 
- Czemu nie możesz być taki zawsze? Uprzejmy, życzliwy, kochany? - spytałam spoglądając mu w oczy. 
- Bo kiedyś nie znałem Ciebie.. - zaczął - Zobacz, poznałem Ciebie i zmieniłem się nie do poznania.. To straszne - dodał. 
- Ty tak sądzisz, ale ja nie... - podsumowałam. Chłopak uśmiechnął się lekko i zaczął powoli zbliżać się do moich ust. Bez zawahania oddałam się mu i już po chwili nasze usta były złączone w słodkim pocałunku....










Coś dla fanów Rabby <3 
Chciałabym Wam bardzo podziękować za ponad
4000 wyświetleń ^^

Rozdział się podoba? 
Troszkę dramatyczny :3 
I nieco dłuższy niż poprzednie ;p 

Dacie radę wybić 10 komentarzy?! :o 





































niedziela, 27 marca 2016

Rozdział 13- ,,Tak łatwo skrzywdzić... Tak trudno wybaczyć.''

*Oczami Rossa*

- Potrzebuje Cię Abby.. - mówiłem, mój oddech był tak nieregularny i ciężki. Poczułem mocne szarpanie za ramie, ujrzałem moją blondyneczkę nad sobą. Trzymała moje ramie i krzyczała coś nie zrozumiale. Zamknąłem oczy, a gdy je ponownie otworzyłem stała nade mną Rydel. Coś przeraźliwie piszczało. 
- Doktorze co się z nim dzieje?! - pytała zrozpaczona blondynka. Moje łóżko zaczęło jechać. Odchyliłem głowę do tyłu, stała tam pielęgniarka. Po chwili pojawiła się obok mnie Delly, ścisnęła moją rękę, spojrzałem na jej zapłakaną twarz. 
- Delly co się dzieje? - szepnąłem. 
- Rossy proszę bądź dzielny i nie zostawiaj nas.. Potrzebujemy Cię! - krzyknęła, zamknąłem oczy i wbiłem głowę w poduszkę. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. 
- Potrzebuje Abby.. Teraz! - syknąłem z zaciśniętymi zębami. Gdy ponownie otworzyłem oczy byłem w sali. W moje oczy padało mocne, białe światło. Nagle pojawił się wysoki mężczyzna. Zasłonił światło lampy i uśmiechnął się. 
- Tak strasznie boli... - westchnąłem. 
- Dasz radę Ross.. Zaraz poczujesz ulgę - powiedział pewnie - Ale obiecaj, że się obudzisz jasne? - dodał. Pokiwałem twierdząco głową i w tej samej chwili poczułem ukucie. Był to zastrzyk. 
- Co, co się dzieje? - mamrotałem nieprzytomnie. 
- Nic.. Nie bój się Ross. Po prostu śpij dobrze. Dobranoc - odpowiedział mężczyzna, a moje oczy zamknęły się. Teraz panowała tylko głucha pustka...


*Oczami Abby*

- Naprawdę mi przykro, mocno Cię uderzyłam? - dopytywała się dziewczyna. 
- Naprawdę, jest okey. 
- Hej Ana! - dobieg krzyk z oddali. Po chwili obok nas stał przystojny brunet. 

- Arthur poznaj Abby - przedstawiła mnie dziewczyna. 
- Hej - odparłam. 
- Siemka, miło Cię poznać. 
- Ok, ok wiem, żeby się zrekompensować za uderzenie zapraszam Cię na kawkę, co ty na to? - zaproponowała. 
- Mmm.. Z chęcią - uśmiechnęłam się. Chwyciłam za torebkę i nagle rozległ się dzwonek. 
- To przypadkiem nie twój telefon? - spytał chłopak. 
- Emm.. Tak mój, ale to na pewno nic ważnego..
- Przestań! Odbierz, skąd wiesz może tym razem coś ważnego się przytrafiło - nalegała nastolatka. Spojrzałam na nią, po czym sięgnęłam telefon i odebrałam. 
**
- Hallo? 
- Abby.. Błagam musisz przyjechać! - usłyszałam w słuchawce zapłakany głos.
- Rydel? Co się stało? - spytałam nerwowo. 
- Ross.. miał krwotok wewnętrzny. Teraz go operują, zanim wzięli go na sale operacyjną powiedział, że Cię potrzebuję.. Błagam przyjedź! - płakała.
- Ok, tylko błagam nie płacz. Zaraz będę - rzekłam i rozłączyłam się. ** 
- Jej.. przepraszam Was bardzo, ale muszę jechać -zaczęłam się plątać. 
- Co się stało? - spytała przerażona dziewczyna.
- Mój znajomy jest w szpitalu, muszę do niego jechać. 
- Oczywiście, nami się nie przejmuj - powiedziała - Masz to mój numer, zadzwoń jak będziesz miała chwilę - dodała podając mi karteczkę z numerem. 
- Jasne, na pewno zadzwonię. Miło było, Do zobaczenia Papa.
Po około 10 minutach byłam już w szpitali i właśnie szłam do sali Rossa. Po cichu otworzyłam drzwi i weszłam do środka. W sali znajdowali się Rydel, rodzice Lynchów i Riker. Na łóżku leżał nie przytomny blondyn. 
- Tak się cieszę, że jesteś. On Cię naprawdę potrzebuje - odezwała się Rydel. 
- No spoko...- powiedziałam niepewnie. 
- No, to teraz zrób coś, żeby się obudził - rozkazała. 
- Ja? A co ja mam zrobić? Przecież my się nawet nie lubimy! - warknęłam z wyrzutem. 
- Tak.. wmawiaj to sobie. Dobra my Was zostawiamy samych. Wierzę w Ciebie myszko - mrugnęła do mnie i wyszła. 
- Ugh.. Nienawidzę Cię! - krzyknęłam, ale ona już tego nie słyszała. Podeszłam do łóżka chłopaka, spojrzałam na niego był blady. 
- Hej Ross... - zaczęłam, chociaż i tak wiedziałam, że mnie nie słyszy - Dawno się nie widzieliśmy. Około miesiąc temu widzieliśmy się po raz ostatni. Ale pocieszę Cię nie zmieniłeś się. Boże.. Jaka ja jestem głupia, gadam do nieprzytomnego chłopaka...- na chwilę umilkłam. Spojrzałam na blondyna, ani drgnął. - Hmm.. Wiesz może skoro mam okazję powiem Ci co mnie męczy. Tak naprawdę to ty mnie męczysz. Męczy mnie twoje życie. Pojawiłeś się nagle i tak naprawdę wszystko psujesz. Przez Ciebie pokłóciłam się z moją przyjaciółką. Przez Ciebie nie mam spokoju. Gdyby nie ty na pewno siedziałabym sobie w moim cieplutkim domku. Dlaczego ty wszystko psujesz? Dlaczego ty nie zostawisz mnie w spokoju? Pieprzyłeś się ze mną to ci nie wystarcza? Zrobiłeś mi najgorszą rzecz na świecie nie dość mnie zraniłeś? - skończyłam ze łzami w oczach. Spojrzałam na krajobraz, który rozciągał się za oknem. 
- Masz rację.. Przepraszam - usłyszałam szept. 
- Co? Ty? - spojrzałam na chłopaka. Nadal miał zamknięte oczy - Ty to słyszałeś? Jak? 
Chłopak otworzył oczy odwrócił głowę w moją stronę, uśmiechnął się i przemówił:
- Hello..

- Nie.. Ja po prostu nie wierzę, że ty to wszystko słyszałeś.. - westchnęłam. 
- To uwierz skarbie - uśmiechnął się.....



Wesołego jajka <3 

Z okazji świat.. jest rozdział ^^
Trochę krótki, ale myślę, że nie wyszedł tak źle ;) 
Do następnego ;*

Czytasz - Komentujesz :)
Komentujesz - Motywujesz <3